Menu

słowo o słowach

O książkach, książkach i książkach. Czasem o wierszach i filmie.

Nie ma się czego bać, Julian Barnes

a.d.b

nie_ma_si_czego_ba

 

Angielski, oryginalny tytuł powieści jest przewrotny i dwuznaczny jak sama książka, "Nothing to be frightened of" można przetłumaczyć tak, jak to zrobiono w wydaniu z 2010 r.: "Nie ma się czego bać" lub "Nicość, która przeraża". Przewrotność przejawia się specyficznym poczuciem humoru, paradoksalnymi sentencjami typu: " śmierć jest słodka, uwalnia nas od strachu przed śmiercią". To nie jedyny paradoks, istotniejszy jest ten, że o śmierci, która jest głównym tematem książki, mogą mówić jedynie żywi, ci, którzy śmierci nie znają, więc to życie raz po raz bierze górę w powieści. Życie niekoniecznie poważne. Pełno tu anegdot i opowieści np. o starym pufie wypchanym podartymi listami rodziców, dziecięcych zabawach samego autora i historii rodzinnych o matce ateistce, ojcu agnostyku, czy bracie, który jest filozofem hodującym lamy. To anegdotyczne i humorystyczne podejście jest typowe dla Barnesa przy jego racjonalizmie i chroni go bardzo skutecznie przed powagą jakiejkolwiek mistyki i metafizyki. Nawet te poważniejsze partie tekstu, gdzie jako wsparcia w dyskusji z samym sobą (i pośrednio z nieobecnym bratem) używa poglądów i biografii wielkich poprzedników, są przełamywane anegdotycznymi wręcz rekonstrukcjami wizyt na cmentarzach i ostatnich chwil życia znanych postaci. 

Barnes wyraźnie jednak oddzielił śmierć od umierania i podzielił ludzi na tych, którzy boją się śmierci i tych, którzy boją się umierania. Bać się śmierci oznacza tu lęk przed nicością, niebytem, nieistnieniem. To niemożność wyobrażenia sobie świata bez siebie, świata po sobie, a w rzadkich przypadkach i świata przed swoim istnieniem. Umieranie zaś jest w książce jedynie sygnalizowane. To proces, rozciągnięty w czasie, stopniowa lub gwałtowna degradacja ciała i umysłu. Nie ten aspekt jednak interesuje pisarza, jego niepokoi niebyt, tytułowa nicość. Rzecz niewyobrażalna tak dalece, że bezpieczniej jest odwołać się do Flauberta, Montaigna, Larkina, Ravela i historii innych kompozytorów. Nie sposób jednak znaleźć odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi, te o niebyt właśnie, życie pozagrobowe, śmierć jako koniec lub początek, obecność Boga w końcu. Wszystko to już było ( stąd w książce Anglika długa lista nazwisk i cytatów) i wszystko jałowe i bez odpowiedzi. Banału i kompromitacji unika Barnes dzięki autobiograficzności prowadzonych dywagacji. Jest autentyczny w swoim lęku przed lataniem, w lęku przed fizyczną degradacją, przed męczącym i bolesnym umieraniem i nicością w końcu.

Śmierć jest fascynująca i przerażająca, podobnie jak życie we współczesnym świecie, pozbawionym wiary w Boga. To drugi z istotnych tematów. W świecie, gdzie nie ma Boga, nie ma niczego, co mogłoby stać się pocieszeniem. Są owszem chwilowe przyjemności, ale nie łagodzą lęku przed śmiercią, bo śmierć ciągle jest niepokonana. Jedyną więc metodą żeby żyć jest śmierć zagadać i Barnes to robi. Zagaduje ją na śmierć. I jest to gadanie i emocjonalne, i chłodno racjonalne, ciągle jednak bez właściwych odpowiedzi.

Powrót do tej lektury jest szczególnie ciekawy po wcześniejszych "Wymiarach życia" [http://slowooslowach.blox.pl/2015/09/Wymiary-zycia-Julian-Barnes.html], będących zapisem żałoby po śmierci żony. Zestawienie obu książek to konfrontacja przeżywanego i jedynie przeczuwanego.

Poczucie kresu, Julian Barnes

a.d.b

poczucie_kresu

Za "poczucie kresu" w 2011 r. Julian Barnes otrzymał The Man Booker Prize. Zwięzła wspaniała intryga (zapomnianego listu i stopniowego odkrywania prawdy o wydarzeniach przeszłości) scala w jedno wszystkie plany czasowe, dyskusje i przemyślenia bohaterów. W powieści powracają nieustająco tematy z wcześniejszego "Nie ma się czego bać": temat śmierci, pamięci, tworzenia tożsamości. Teraz jednak forma eseju splata się z fikcyjną fabułą - biografią Antony Webstera, gdy w poprzedniej powieści dominujący był esej, filozoficzny dyskurs z bratem (filozofem) i wielkimi poprzednikami oraz dygresje literackie. Poczucie kresu jest nieco łatwiejsze w odbiorze, szczególnie dla nieprzyzwyczajonego do Barnesa i jego książek czytelnika.

Tytułowe "Poczucie kresu" określa perspektywę narracyjną, bowiem powieść Barnesa to wspomnienia okresu młodości, jednak narracja prowadzona jest z perspektywy człowieka dojrzałego, który zbliża się do kresu życia.                                                       Powieść złożona jest z dwu części, dotyczących w zasadzie tych samych wydarzeń, przy czym pierwsza w większym stopniu dotyczy młodzieńczego okresu życia bohatera, szkolnych przyjaciół, dyskusji (ciekawych i ważnych dla wymowy książki), utraty dziewczyny. Te fale wspomnień zostały sprowokowane przez niespodziewany spadek - pamiętnik, który prowadziła matka młodzieńczej miłości Antonego. Część druga jest uzupełnieniem pierwszej, poszukiwaniem nowych faktów, tworzeniem nowych wspomnień i ich przebudową. Reminiscencje i lustrzane odbicia to obraz poszukiwania prawdy, która okaże się gorzka i nie będzie wyzwoleniem. Bohater odkryje w końcu prawdę o sobie, wydarzeniach z przeszłości, czynach, których dokonał i ich konsekwencjach. Konsekwentnie prowadzony temat poszukiwania prawdy i dążenie do przejęcia należnego spadku stopniowo obnaża sposób, w jaki bohater manipulował wspomnieniami i ukazuje granicę pomiędzy fikcją a prawdą. Ta ingerencja w pamięć, budowanie nowej narracji tożsamości, tworzenie przeciętności bohatera i jego poczucia przeciętności w rzeczywistości ma przykrywać dramat, który się rozegrał. Tony Webster wykreował siebie na osobę absolutnie przeciętną, wręcz nijaką, na "człowieka, któremu życie się przytrafia", bo potrzebował spokoju, jednak u kresu życia dotknął go niepokój. Jego tendencja do porządkowania życia, jak przed każdą podróżą, tęsknota za młodzieńczą intensywnością przeżywania i gwałtownymi emocjami przeradzają się stopniowo w pragnienie przełamania pogardy otoczenia i prowadzą do całkowitej zmiany wiedzy o sobie i innych.

Powtarzana wielokrotnie fraza: "Pamięć jest niedoskonała. I może płatać figle" jest fascynującym uzupełnieniem opinii: "Jesteś tym, czego dokonałeś, dokonania żyją w twojej pamięci, więc to, co pamiętasz, określa kim jesteś" umieszczonej w "Nie ma się czego bać". Czy to zestawienie postaw narratorów oznacza, że wszystko jest fikcją? Granica pomiędzy fikcją a prawdą to dominujący temat nagrodzonej powieści, ale nie jedyny. Żadna z młodzieńczych dyskusji i żaden z tematów nie pojawia się u Barnesa przypadkowo. Obok tematu tropienia prawdy i tworzenia fikcji pojawia się w dyskusjach temat historii, między innymi jako kłamstw zwycięzców i iluzji przegranych. W powieści wprawia w zachwyt precyzyjnie poprowadzona gra symetrii. Każdej postaci odpowiada jej przeciwieństwo, a każdej tezie jej, równie logiczne, zaprzeczenie. Samobójstwo może być rozpatrywane jako heroiczny i wzniosły czyn lub akt tchórzostwa i marnotrawstwo, tytułowy kres jest więc nie tylko procesem starzenia, ale i gestem samobójczym. Podobnie z kobietami, tej tajemniczej, która jest wręcz obsesją odpowiada jasno określona, przewidywalna i codzienna żona. Itd.

Całość powieści jest ilustracją myśli Philipa Larkina: "historia nie istnieje, bo jest przeszłością, albo istnieje w nieskończonych sprzecznych wersjach", przy czym ilustracją fascynującą, bo dzięki angielskiej powściągliwości utrzymaną w ryzach porządku, mimo sensacyjnej wręcz fabuły.

Krocząc w ciemności, Leonie Swann

a.d.b

kroczc1

Znacznie łatwiej określić czym najnowsza książka Leonie Swann nie jest, niż czym jest. Otóż "Krocząc w ciemności" stanowczo nie jest poważną i realistyczną powieścią dla nobliwych mugoli. Czym jest? Lekką, zabawną opowieścią na pograniczu baśni, fantasy i powieści kryminalnej, łączącą wyjątkowo sprawnie wszystkie te gatunki. Jest dokładnie tak, jak objaśnia podtytuł "absurdalną powieścią nie całkiem filozoficzną. Mimo "absurdalności" akcja jest logiczna.

Ciąg szalonych wydarzeń rozpoczyna śmierć cyrkowych pcheł Juliusa Birdwella i obietnica odnalezienia zaginionej rusałki, którą ten pochopnie składa. Od tego momentu finezyjnie skomponowany świat baśni przenika przez współczesność i realizm, a realny, znany nam świat okrywa (i ukrywa) misterny świat fikcji i gry literackiej. Raz jednego, raz drugiego widać więcej, ale są nierozerwalnie splecione.

Żaden z bohaterów nie jest do końca "normalny". Jest tu więc wspomniany już Julius Birdwell, jubiler o kryminalnej przeszłości, a obecnie także dyrektor i właściciel pchlego cyrku, jest detektyw, który nie może wyśledzić własnej przeszłości, a do jego osiągnięć zalicza się między innymi to, że "złapał zbiegłą klątwę" (s. 157), starsza pani, Rose Dawn, kradnąca ciężarówkę dostawcy kwiatów itd. Także inni bohaterowie są obdarzeni nietypowymi biografiami i ciekawymi osobowościami, wszyscy są też przerysowani, ale w tym tkwi ich urok. Nikt nie jest tym, kim się wydaje. Detektyw korzysta z seansów hipnozy, żeby zapomnieć, po czym odkrywa, że chyba nie nazywa się Green. Czarny charakter, którego nazwisko Fawkes jest aluzją do feniksa z Hogwartu, nie jest feniksem, a Legulas nie jest ani tolkienowskim elfem, ani Orlando Bloomem. Te i kolejne gry literackie, przenikanie światów, pozostałe baśniowe postaci (syreny i rusałki, salamandra, grupa faunów itd.) wplecione w logiczny ciąg wydarzeń, mimochodem zmuszają do stawiania pytań o to, co jest fikcją, a co prawdą. Czy istotniejsze jest to, co widać na powierzchni (tak patrzy Birdwell), czy to, co niewidoczne (tak poznaje świat Green). A może jak u Calderona i w filozofii baroku "życie jest snem"? Powieść jest "nie całkiem filozoficzna", ale "absurdalna" i dokładnie na granicy absurdu czai się (jak pchła gotowa do skoku) pokaźna lista pytań filozoficznych, co zresztą zupełnie nie przeszkadza czytelnikowi w zabawie. Szczególnie zakończenie powieści obfituje w filozoficzne tematy, dotyczące wolnej woli, roli rozumu i pozycji człowieka w świecie i to najważniejsze pytanie: "A co, jeśli on [Legulas] wcale nie jest zielony?"

Sońka, Ignacy Karpowicz

a.d.b

soka_2

 

"Sońka" Ignacego Karpowicza to pozornie historia miłosna, z czułością opowiedziana wojenna historia miłości niemożliwej, bo miłości do wroga, jednak opowieść wychodząca poza schemat.

W miłości tytułowej bohaterki, mimo dramatycznych losów, nie ma wewnętrznego rozdarcia, do którego jesteśmy przyzwyczajeni przy takich opowieściach, zamiast tego jest pełna akceptacja ukochanego Joachima (Castorpa - co nie bez znaczenia), o którego czynach dziewczyna wbrew pozorom wiele wie. Mimo bariery językowej dziewczyna wie, rozumie, o czym jakby mimochodem informuje, i nie rozumie jednocześnie, kiedy podczas dramatycznych wyznań, niemal spowiedzi ukochanego, snuje, stojącą w sprzeczności z obrazem likwidowanego Getta, wizję ich przyszłego, szczęśliwego domu. Już na tym planie powieść Karpowicza to "historia przekładu". Zakochani "przekładają" języki i brak rzeczywistego porozumienia, później reżyser z Warszawy- Igor przełoży białostocką gwarę Sońki na j.polski, a samą opowieść kobiety na teatralny spektakl.

Opowieść początkowo zostaje osadzona w konwencji baśni, żeby uwypuklić jej ponadczasowość i nadać historii celowy, zamierzony akcent sztuczności, sztuczności języka, jako figury narracyjnej, opartej na skonwencjonalizowanej formule baśni. Wszystko po to, by uniknąć zachwytu, dwuznacznej sytuacji znanej nam na co dzień choćby z FB: okrucieństwo wydarzeń i jeden guzik - lubię. Jak go tu wcisnąć? Sztuczność, schematyczność chroni przed zachwytem prowadzonej narracji, dla wojennych i powojennych losów Sońki. To lekarstwo na naszą, w innym przypadku nieuchronną fascynację pięknem i okrucieństwem opowiadanej historii. Równocześnie jest to znak misternie skonstruowanej powieści szkatułkowej, bo przecież "Sońka" jest historią opowiadaną w teatrze, jest spektaklem, realizowanym przez jeżdżących mercedesami lalusiów, nie jest rzeczywistą historią samej Sońki. Ta zupełnie w powieści Karpowicza nie istnieje, a im więcej tragizmu w losach bohaterki, im więcej bólu i strat, tym częstsze są współczesne, teatralne wstawki, podkreślające przyjętą konwencję i celowo rozbijające tragizm tych dziejów. W efekcie powstaje nie tragedia, ale tragifarsa, okrutna podwójnym okrucieństwem: niszczy opowieść Sońki i karykaturuje współczesność, z jej manierą trywializowania wszystkiego i czynienia ze wszystkiego taniego widowiska.

"Sońka" to spektakl zaledwie dwojga aktorów , mimo ich wielości w opowieści i na scenie - tytułowej bohaterki i Igora, Sońki, która z chwili na chwilę młodnieje i starzejącego się Ignacego - Igora, strażnika baśni.

 

Sprawiedliwość owiec; Triumf owiec, Leonie Swann

a.d.b

sprawiedliwo_i_triumf

W oczekiwaniu na najnowszą książkę Leonie Swann pozwolę sobie powrócić do dwu wcześniejszych, obie bowiem to cudowna intelektualna rozrywka. "Sprawiedliwość owiec" została opatrzona przez wydawcę komentarzem: kryminał filozoficzny, zaś "Triumf owiec": thriller filozoficzny. W przypadku pierwszej z książek istotą akcji jest prowadzone przez stado owiec śledztwo, w sprawie zabójstwa, w drugiej owce poszukują źródła narastającego i zagrażającego wszystkim zła. Tak więc podstawowe założenia kryminału i thrillera zostają spełnione, a obie książki trzymają w napięciu. Wszystko to jednak zbyt mało, by określić specyfikę obu powieści.

Fakt, że oba śledztwa prowadzi stado owiec, pod wodzą najinteligentniejszej z nich, Panny Maple (oczywista aluzja do bohaterki kryminałów Agaty Christie), wymusza specyficzne widzenie świata i charakterystyczny język, używany w obu powieściach. Dominuje więc prostota, naiwność i owiec, i postaw, i języka. Ta infantylność bywa jednak bardzo przewrotna. Zabawne, pozornie naiwne komentarze i działania owiec kontrastują ze skonwencjonalizowanymi formami wypowiedzi ludzi i schematyzmem ich postępowania.

Rozważania filozoficzne są tutaj  zabawne i przejrzyste. Nie ma w nich ciężaru dyskursów filozoficznych, jest lekkość i odkrywczość uwag i obserwacji, i kpina z powszechnie stosowanych metod poznania, więc brak też powagi uniwersyteckiej epistemologii. Poważny temat ludzkich, o przepraszam - owczych granic i metod poznania jest tu "fraszką, igraszką, zabawką...", podobnie jak kwestia sądów moralnych. Ich zmienność i pochodzenie całkowicie je dewaluują.

Nie tylko filozofię ukryła autorka w tych lekkich formach. Relacje międzyludzkie, dziwactwa i nałogi to pole popisu dla naiwnej psychologii owiec. Ale i owce są ciekawym obiektem obserwacji psychologicznych i socjologicznych. Są bowiem nie tylko zbiorem ciekawych aluzji literackich (Biały Wieloryb, Otello itd.), ale i zbiorem pojedynczych charakterów (żeby nie powiedzieć osobowości), współegzystujących w stadzie. Co zatem jest nadrzędne? Stadność czy jednostkowość? Osobność czy wspólność? Ta kwestia jest szczególnie ważna dla zbuntowanego i poszukującego tożsamości Zimowego Jagnięcia. A może jeszcze inaczej: owczość ważniejsza niż koziość? Czy owce mogą współpracować z szalonymi kozami? Czy zdołają przełamać rasowe uprzedzenia?

Bawi przełamanie konwencji klasycznego kryminału i thrillera i wprowadzenie zwierzęcych bohaterów, język i logika owiec, uwagi filozoficzne i w końcu szereg aluzji literackich, ukrytych w imionach bohaterów.

© słowo o słowach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci