Menu

słowo o słowach

O książkach, książkach i książkach. Czasem o wierszach i filmie.

Shantaram, Gregory David Roberts

a.d.b

shamntaram

 

Wydarzeniami z tej książki można by obdzielić z trzech bohaterów i stworzyć trzy książki. Może byłyby lepsze.
"Shantaram" to podrasowana biografia autora, który usiłuje się wykreować na bohatera i świetlaną postać, mimo pracy dla mafii. W rzeczywistości autor to przestępca, rabuś-narkoman napadający na banki, któremu udało się uciec z więzienia w Australii do Indii.Ponownie osadzony w więzieniu napisał "Shantaram".
To chyba klimat Indii wykorzystany w powieści uwiódł wydawców i rzesze czytelników. Szkoda tylko, że te Indie Robertsa są falsyfikatem, jak jego paszporty. Nie znając kraju można się nabrać na tę rzekomą prawdziwość, zbudowaną na znajomości parudziesięciu słów i nazw potraw, na opisach strojów, upału i pory deszczowej.
Męczy w książce nadmiar, głównie przygód, kolejnych zmian losu bohatera, kolejnych domorosłych filozofów itd. Falsyfikatem są też wszyscy bohaterowie: pozornie bardzo ciekawi, ale w rzeczywistości nakreśleni w oparciu o jedną ledwie cechę. To nie ludzie, to rekwizyty. Same przygody mogłyby być kolejną książką w stylu Maya, gdyby nie to, że pojawiają się w niej raz po raz dysputy filozoficzne, religijne, wykłady światopoglądowe itp. Niestety wszystkie w fatalnym stylu. Przegadane i mało odkrywcze.
To, czego książce Australijczyka zabrakło to redaktor, wymuszający dyscyplinę, choćby cień realizmu i z żelazną konsekwencją usuwający, pojawiające się w odniesieniu do wszystkich bodaj znajomych narratora wyznania: "zrozumiałem,że go kocham", dodajmy, że zwykle "wtedy zrozumiałem", usuwający banalne opisy, długawe wyznania i wywody pseudofilozoficzne.
"Shantaram" będzie się podobać wielbicielom mądrości a'la Paulo Coehlo i rozmiłowanym w książkach obfitujących w nadmiar nierealnych wydarzeń i pozbawionych choćby krzty prawdopodobieństwa na planie psychologicznym i fabularnym. 

Księga ryb Williama Goulda, Richard Flanagan

a.d.b

14756832583382197jpggallery.bigiext45742500

 

 

Jeżeli zdołasz uchwycić czyjąś duszę, będziesz mógł nią zawładnąć. 12 ryb w książce Flanagana to 12 postaci, opisanych, odmalowanych, uchwyconych i opanowanych przez ... I to już nie jest takie proste. Przez Williama Goulda, który tworzy ilustracje ryb, czy przez Breda, który znalazł i zgubił pierwotną księgę i teraz ją odtwarza? Uchwycić duszę - stąd pisanie, ale też bycie Gouldem, Lekarzem, Komendantem, każdym, bo narracja każdego z rozdziałów prowadzona jest z punktu widzenia kolejnej postaci, utożsamionej z kolejną namalowaną (albo pochwyconą przez malowidło) rybą. Poetyka snu umożliwia płynne przechodzenie od postaci do postaci, zlewanie się z nimi. Nic w książce Flanagana nie jest oczywiste. Autor kreuje opowieść, ale ta zmienia rzeczywistość. Powieść staje się zapisem, opisem snu, wróżbą, przepowiednią, biblią.

Los skazańca, zesłanego na wyspę Sary splata się z losem pozostałych, opisywanych przez niego postaci. Fabuła jest wielowątkowa, to mieszanina czasów, miejsc, narracji, mieszanina świata fizycznego i duchowego. Ta brawurowa narracja i eklektyzm form sprawiają, że nic tu nie jest pewne. Wszystko jest płynne, zmienne jak woda, która otacza wyspę. Realni bohaterowie są po chwili literacką fikcją, myślą, któregoś z pozostałych bohaterów. Stałe są tylko ryby, bo nawet Sal, kobieta związana z wszystkimi bohaterami dla każdego jest kimś innym, stąd też mnogość jej imion. A sami bohaterowie to istna "plejada gwiazd", każdy inny i każdy wyrazisty. Jest więc szalony Komendant, zafascynowany techniką i tworzący własne autorytarne państwo, jest ambitny lekarz, marzący o naukowej sławie, jest sadystyczny strażnik, tajemniczy przywódca rebeliantów i być może ich nie ma, bo świat na wyspie Sary jest jak labirynt Borghesa. Nie zmienia to faktu, że ten okrutny, ukazany z naturalistyczną precyzją świat jest w rzeczywistości niezwykle prosty i fascynuje pięknem i brzydotą, podobnie  jak mieszkańcy, którzy go zaludniają. Wyspa Sary to wyspa wiezienie, gdzie chore ambicje Komendanta realizowane są kosztem życia więźniów, jego Nowa Wenecja to piekło, a opis jej powstawania jest jawną polemiką i z Wolterowskim "Kandydem", i z Leibnizowską teorią o ziemi jako najlepszym ze światów. To zresztą nie jedyne literackie aluzje, poza Wolterem i Borghesem, czytelne są też aluzje do Conrada, szczególnie w partiach ukazujących okrucieństwo i analizę psychiki bohaterów. Opisy obsesji przeplatają się z prawdą historyczną, a naturalizm z oniryzmem i poetyckim językiem. U Flanagana stoją obok siebie: poezja i naturalizm, historia i zmyślenie, życie i śmierć i tylko prawda jest w tej książce nieuchwytna.
Jeżeli nic nie jest prawdą, wszystko jest księgą Breda, Goulda, starym archiwum to łatwo zrozumieć dlaczego ten świat tak łatwo płonie.

 

Mam na imię Lucy, Elizabeth Strout

a.d.b

lucy

 

Minimalizm powieści Elizabeth Strout jest wręcz niewiarygodny. "Mam na imię Lucy" to powieść o... no właśnie o niczym szczególnym dla odbiorcy, natomiast o sprawach najistotniejszych z punktu widzenia piszącego, bo o tych wydarzeniach z życia narratorki, które ją stworzyły, ukształtowały. I nie jest to lista kataklizmów i wydarzeń spektakularnych, a raczej zwyczajnych, takich, które wywierają na nas wpływ w sposób niemal niezauważalny. Albo raczej jest to seria kataklizmów nieopowiedzianych i niedopowiedzianych.

W psychologii popularna jest ostatnio psychologia narracji, a "Mam na imię Lucy" świetnie pokazuje jak autonarracja kształtuje narratora. To opowieść o konstruowaniu siebie w opozycji do innych, o ciągłym ocenianiu i porównywaniu, stąd te "plotki" - opowieści o znajomych, wspomnienia szkoły, porównania z rodzeństwem. Pojedyncze wydarzenia, przypadkowe spotkania i sposób opowiadania o nich tworzą charakter, albo przynajmniej tożsamość człowieka. O tym właśnie jest powieść Strout, o odkrywaniu prawdy o sobie, tej ukrytej, by można było powiedzieć: nazywam się Lucy Barton, albo: to cała ja.
Jednym z takich kluczowych momentów jest spotkanie Lucy z Sarah Payne, kobiecym głosem literatury, tej literatury, która zdaniem narratorki ma przełamywać samotność. W opozycji do tej rzekomo "łzawej" literatury kobiecej stoi literatura męska, z tym, że u Strout nie jest dopowiedziane jaka ta literatura jest. Pozbawiona uczuć i emocji w przeciwieństwie do kobiecej? A główna bohaterka marzy o pisaniu. Warsztaty literackie Payne, w których narratorka uczestniczy to moment przełomowy, to wtedy rozpoczyna się pisanie powieści, którą właśnie czytamy. Powieści emocjonalnej, kobiecej i oszczędnej w słowach.
Wiele momentów z biografii Lucy nie zostanie w powieści dopowiedziane. To znak, że nie jesteśmy w stanie ani siebie, ani innych pojąć do końca. Taka jest też rola niedomkniętych rozmów z matką, tych, które się urywają w najciekawszym momencie i niedopowiedzianych, sugerowanych historii kolejnych osób.

Historia pszczół, Maja Lunde

a.d.b

 

 historiapszczol6001

 

"Historia pszczół" norweskiej autorki Maji Lunde to nie bajka o miodzie. Mimo że Lunde była znana głównie jako autorka książek dla dzieci, słodko nie będzie. "Historia pszczół" to pierwsza jej powieść dla dorosłych i jest to "debiut" doskonały, gorzki i wyważony.

"Historia pszczół" to  trzywątkowa powieść. Trzy osobne wątki historii łączą pszczoły, dzieli czas. Pierwsza z historii, otwierająca powieść rozgrywa się w 2098 r. w Syczuanie już po wyginięciu pszczół. Druga w połowie XIX w. w Anglii, zaś trzecia, czasowo nam najbliższa w roku 2007 w stanie Ohio. Rok 2007 nie został wybrany przypadkowo, rok wcześniej po raz pierwszy użyto nazwy CCD - Masowe Ginięcie Pszczół i dwie, z trzech prowadzonych tu równolegle  opowieści dotyczą tego kataklizmu. Książka na szczęście jest jednak wolna i od dydaktyzmu, i od propagandy ekologicznej, co nie oznacza, że omija tematy związane z ekologią, podejmuje je jednak subtelnie.

Wszystkie trzy historie łączy też wątek relacji rodziców i dzieci, nie zawsze łatwych i układających się płynnie. Nieszczęścia i konflikty rodzinne oglądamy przy okazji codziennych, trywialnych spraw. Te precyzyjnie oddane drobiazgi dnia powszedniego nabierają jednak ogólnego, ponadjednostkowego znaczenia. Doskonałe są obserwacje bohaterów i wydarzeń. Choć brak w powieści przygód, nagłych zwrotów akcji itp. nie sposób oderwać się od opowiadanych historii. To co się dzieje i jest istotne rozgrywa się na poziomie emocji i przeżyć bohaterów. Doskonałe są stworzone przez autorkę portrety psychologiczne trojga narratorów - bohaterów. Zderzenie ich z drugoplanowymi bohaterami o innym podejściu do sprawy i czasem przeciwnych poglądach daje w sumie pełny ogląd i wrażenie obiektywizmu. Czytelnika zaś zmusza do przemyśleń i opowiedzenia się po którejś ze stron, co nie zawsze jest proste, bo każdy ma tu swoje racje.

Urzekający jest język powieści, precyzyjny i olśniewająco prosty, doskonale dopasowany do opowiadanych przez bohaterów historii. Mimo tej prostoty dystopia norweskiej powieściopisarki nie jest banalną historyjką. To pełnowymiarowa i wielopoziomowa opowieść, która dotyka zagadnień z dziedziny ekologii, psychologii, socjologii, kwestii związanych ze współpracą i rywalizacją, kolektywizmem i indywidualizmem. A same pszczoły obok znaczeń dosłownych są też alegorią społeczeństwa i rodziny.

Wilki, Adam Wajrak

a.d.b

z19095394AAWilki_Adam_Wajrak_wyd_Agora_SA1

 


Dzik jest dziki, dzik jest zły,
Dzik ma bardzo ostre kły.
Kto spotyka w lesie dzika,
Ten na drzewo szybko zmyka.

No chyba, że usłyszy w pobliżu wilki. Wtedy może odetchnąć z ulgą. Wilki zajmą się dzikami, a nie bestią, jaką w rzeczywistości jest człowiek i której panicznie się boją. Między innymi o lęku wilków przed człowiekiem i historii narastania tego lęku opowiadają "Wilki" Adama Wajraka.
A poza tym to rewelacyjna książka przygodowa, z tym, że opisuje przygody prawdziwe, takie, które się autorowi przydarzyły, a nie fikcyjnych Indian K. Maya, który Ameryki na oczy nie widział. Dlatego te historie są może mniej spektakularne, ale też o wiele ciekawsze. U Wajraka to czasem spotkanie z wilkami, które upamiętnia seria pięknych zdjęć, a innym razem "wynalezienie" sposobu ważenia w pojedynkę ponad 100 kilogramowych jeleni. Codzienność, choć dla mieszczucha takiego jak ja, bardzo niezwykła. Przy okazji dowiadujemy się sporo i o wilkach, i o reszcie ekosystemu. Nawet o padlinie czyta się tu z zaciekawieniem, a od samych historii o wilkach nie sposób się oderwać. I znowu jakby przy okazji musimy pożegnać kilka dotyczących wilka stereotypów i mitów ( w tym mit "zjadacza Czerwonego Kapturka"). Wajrak nie demonizuje wilków, nie straszy nimi, ale też nie robi z nich pluszowych maskotek. Są wolne, samodzielne, niezwykle inteligentne i mięsożerne.
Ale to jedynie część książki. Reszta to utrzymane w swobodnym tonie prywatne, domowe opowieści o Nurii, przyjaciołach, ukochanej suni. Wszystkie są podporządkowane głównemu, tytułowemu tematowi, ale to, że są zmienia klimat książki.  To nie miejsce na trudne akademickie wywody, a na opowieść, jak sam autor mówi, o przygodzie życia.

 
WilkiwPuszczyBialowieskiejZdjęcie autorstwa  Adama Wajraka

© słowo o słowach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci