Menu

słowo o słowach

O książkach, książkach i książkach. Czasem o wierszach i filmie.

Wanda, Anna Kamińska

a.d.b

indeks9

 

"Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci" Anny Kamińskiej to biografia Wandy Rutkiewicz. Chyba każdy zna to nazwisko i kojarzy polską himalaistkę nawet jeśli nie potrafiłby wymienić jej osiągnięć. W takiej atmosferze łatwo stawiać pomniki i pisać peany pochwalne. Z drugiej jednak strony Rutkiewicz była postacią kontrowersyjną, nie przez wszystkich lubianą i często krytykowaną. I tu znowu pokusa zrzucania z piedestału. Annie Kamińskiej udało się uniknąć tych pułapek, dzięki czemu biografia pierwszej zdobywczyni K2 jest pełna, a sama postać himalaistki żywa, zajmująca i niejednoznaczna.

W trakcie czytania raz po raz przypominał mi się fragment piosenki Elżbiety Adamiak: "rzeczywiście tak jak księżyc ludzie znają mnie tylko z jednej jesiennej strony". Zasługą Anny Kamińskiej jest pokazanie "obu stron księżyca". Osiągnęła to zestawiając opinie wielu ludzi: rodziny, przyjaciół, wrogów, towarzyszy wypraw wysokogórskich, opinie kolegów z pracy i rozczarowanych mężów. Godna podziwu jest benedyktyńska praca autorki, ogrom zebranych materiałów archiwalnych, przeprowadzonych wywiadów i zestawienie ich w logiczną i spójną całość, a przy tym całość fascynującą. Nie ma tu miejsca na, tak częste w biografiach, zanudzanie czytelnika datami. Te pojawiają się tylko w kluczowych momentach jako element porządkujący. Nie jest to też książka specjalistyczna, która zamęczy czytelnika technicznymi detalami wypraw, szczegółami topograficznymi, czy opisami sprzętu. Po "Wandę" może bez obaw sięgnąć każdy, nawet ten, kto góry zna jedynie z pocztówek, ta książka jest bowiem spotkaniem z człowiekiem gór, a nie samymi górami.

Sama Rutkiewicz to postać nietuzinkowa i to od wczesnego dzieciństwa. To człowiek pełen sprzeczności, dla każdego inny i tak też jest portretowana. Właśnie ten portret człowieka fascynuje, chyba nawet bardziej niż sam fenomen "twardej baby gór" i zdobywczyni ośmiu (spośród czternastu) ośmiotysięczników. "Wanda" to rzadka okazja, żeby w najwybitniejszej do dziś polskiej (a może nie tylko) himalaistce  zobaczyć także człowieka.

 

WL

 

Autor: Anna Kamińska
Tytuł: Wanda. Opowieść o sile życia i śmierci
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2017

Kolej podziemna, Colson Whitehead

a.d.b

XQ1ktoARGh0dHA6Ly9vY2RuLmV1L25ld3N3ZWVrLXdlYi8xMzdlMThmMy0yZGRlLTQ4OGMtYTY0OS03YWRmZmIwOTg1Y2YuanBnkZMFzQSwzQKF

 

"Kolej podziemna" Colsona Whiteheada to nieczęsty przypadek dobrej, ambitnej książki o ważkiej tematyce i akcji tak wartkiej, że czyta się ją jak dobry thriller i ... zarywa się dla niej noc.

Tytułowa kolej podziemna to w rzeczywistości sieć dróg, którymi uciekali niewolnicy ze stanów południowych USA do Kanady lub wolnych stanów północnych. Amerykański autor potraktował tę nazwę dosłownie i przedstawił kolej podziemną jako labirynt tuneli, po który poruszały się parowozy i którym wywożono zbiegów. Ślady tego czym naprawdę była kolej podziemna są jednak wyraźne w powieści. To nie tylko sieć dróg, ale i sieć powiązań, siatka przerzutowa - tajna i zwalczana przez białych oprawców z całą bezwzględnością.

To takimi drogami będzie uciekała Cora. "Kolej podziemna" nie jest jednak powieścią historyczną, tu kolej jest symbolem, a powieść mistrzowsko łączy wydarzenia prawdopodobne, ale fikcyjne z fantastyką i elementami baśni, choć baśni okrutnej jak u braci Grimm np. zły i dobry brat, jest nawet ukąszenie wilka i choć tu nie jest dosłowne pozostawia bliznę na skroni. Świat powieści to czarno-biały świat, bo świat białych i czarnych, ale nie czarno-biała książka i wizja świata, bo nie wszyscy biali są tu źli. Mimo wszystko  powieść Whiteheada jest prawdopodobna tak dalece, że nie razi nawet niemożliwy w XIX w. projekt sterylizacji Murzynów i eugenika, która stała się hańbą XX w. Ten element jest chyba najbliższy światu XXI w. z jego lękiem przed liczebną przewagą "kolorowych" i straszeniem zalewem emigrantów w Stanach Zjednoczonych i Europie, bo to przecież współczesna książka, dla współczesnego czytelnika.

"Kolej podziemna" jest bardzo odległa od "Chaty wuja Toma", na której wychowały się rzesze czytelników. Psychologia została przez Whiteheada okrojona do minimum, jest sygnalizowana, a powieść pełna jest niezwykle celnych skrótów, bez wałkowania w nieskończoność literackich motywów, które wszyscy już znają. Nie wszystkie okrucieństwa niewolniczego życia przedstawione są wprost, to pozwala uzmysłowić sobie, że istniały okropności dla czytelnika wprost niewyobrażalne.

Wszystkiego tego doświadcza Cora - główna bohaterka powieści. Niewolnica urodzona na plantacji bawełny w Georgii i jako dziecko porzucona przez matkę (jej historia także pojawi się w powieści), która świadoma, że jej los będzie się tylko pogarszał decyduje się na ucieczkę koleją podziemną. Historia jej podróży jest pełna zwrotów akcji, a kolejne etapy - stacje prowadzą z Georgii, przez Karolinę Południową i Północną do Tennessee. Ta droga pełna jest niebezpieczeństw. Ryzykują i uciekający, i ci, którzy udzielają im pomocy. Dominującym uczuciem jest strach, a razem z nim nieufność, nieufność wobec wszystkich: i białych, i czarnych. Każdy może być donosicielem, ale też każdy może ocalić. Boją się też "zawiadowcy stacji", oni także ryzykują życiem i poczucie moralnego obowiązku walczy tu ze zwykłym ludzkim strachem. U Whiteheada nie ma miejsca na sentymentalizm i łatwą ckliwość szczęśliwego zakończenia. Historia Cory nie ma końca - co też ma wymiar symboliczny.

Książka Amerykanina to takie samo "wybieranie z tłumu słabych ogniw, takich które łamały się pod jej [Cory] spojrzeniem" kiedy pracowała jako obiekt muzealny i grała niewolnicę, bo to głos oskarżycielski i oskarżycielskie spojrzenie. To też mocny głos w sprawie moralności i równości, kiedy ta równość z Deklaracji Niepodległości jest znowu łamana.
"Kolej podziemna" zasłużenie została obsypana nagrodami i ogłoszona książką roku i choć jest ledwie połowa czerwca powieść ma ogromne szanse by tę pozycję utrzymać. Jest bardzo dobra.

 

albatros

Autor: Colson Whitehead
Tytuł: Kolej podziemna
Wydawnictwo: Albatros
Data wydania: 2017
Tłumaczenie: Rafał Lisowski

 

Wróżenie z wnętrzności, Wit Szostak

a.d.b

indeks8

 

"Wróżenie z wnętrzności" Wita Szostaka to książka niezwykła - hipnotyczna. Cała jest wypełniona wewnętrznym monologiem Błażeja, który się nie odzywa "na zewnątrz", a jedynie prowadzi monolog wewnątrz siebie. Pod pozorami naiwnego języka, pełnego przeinaczeń, zdziwień i powtórzeń ukrywa się jednak cały czas dyskurs filozoficzny o istnieniu - w świecie, o istnieniu wewnątrz siebie i o istnieniu jako takim.

Część pierwsza, która sytuuje Błażeja książce i świecie, która jest jego autoprezentacją i prezentacją miejsca jest fascynująca. Fascynujący jest Błażej i jego wewnętrzne mamrotanie, jego sposób myślenia i postrzegania. A i świat, w którym żyje jest ciekawy. To Poświatów, zatem miejsce "po świecie". Do tego "po świata" uciekł nie tylko Błażej, bo ten uciekł raczej w głąb siebie, ale i jego "mądry brat - Mateusz" - rzeźbiarz. "Wróżenie ..." to opowieść o różnych formach ucieczki, ale i o samotności obok ludzi, o niemożności porozumienia, co dobitnie widać w historii braci bliźniaków.

Kolejne części naświetlają historię obu braci, żony Mateusza - Marty i gości odwiedzających ich dworzec w Poświatowie. Wszystko tu jest i dosłowne, i niedopowiedziane - symboliczne. Sam Poświatów i to, że miejsce miało być uzdrowiskiem, ale nim nie jest, i kreacje bohaterów. W oczach Błażeja, który przedstawia siebie już w pierwszym zdaniu jako "głupiego brata swojego mądrego brata" wszyscy jawią się jako bogowie - bóstwa sprawujące władzę nad różnymi częściami świata. Mateusz z boga tworzenia przeistoczył się w boga niszczenia, Marta jest jak pradawna bogini ziemi i urodzaju, z racji ogrodu, którym się zajmuje, a Sara to bogini słów, które więzi w komputerze. Dzięki takiemu spojrzeniu i mitologizacji banalna w sumie historia nabiera ponadnaturalnego i filozoficznego wymiaru. "Wróżenie..." to nie powieść akcji, to nawet nie jest powieść dialogu, ale od pierwszego do ostatniego zdania fascynuje sposób kreowania świta i to jak kolejni bohaterowie kreują swój lub swoje światy.

U Szostaka wszystko jest zbudowane z opozycji: głupi Błażej i mądry Mateusz, jasna bogini Sara i ciemna bogini Marta, milczenie i mowa, to, co wewnętrzne i to, co na zewnątrz. Błażej wybrał "wnętrzności" i milczenie, jest jednak niezrównanym obserwatorem i komentatorem, który ani na chwilę nie traci świadomości, że to co a zewnątrz jest kruche, ulotne i już po chwili bez znaczenia. Mateusz tę przemijalność dostrzega późno, dopiero kiedy niszczy ostatnie swoje dzieło, będące nawiasem mówiąc symbolem zniszczenia. W zasadzie nie wiemy więc czy to zgoda na przemijalność i destrukcję, czy przeciwnie - zniszczenie rzeźby jest przejawem buntu wobec destrukcji i ulotności. Od tego jednak momentu Mateusz swoje wnętrze przestaje przelewać w dzieła. Staje się jak ojciec cytujący fragmenty "Odysei" ze świadomością istnienia Troi- zwycięstwa, które go zniszczyło. Troja - kolejny symbol, nie mniej ważny od Itaki. Oba powracają w końcowych partiach książki, nie sposób orzec, które z nich jest ważniejsze. Poświatów to przecież świat nieistniejący, świat, który jeszcze nie powstał a już zaczął niszczeć. Wszystko jest tu czasowe, chwilowe, jak to na dworcu.
Jedynie kobiece bóstwa łączą świat - wewnętrzny i zewnętrzny, ale i porządkują Poświatów, nadają mu rytm i zwyczaje - swoisty rozkład jazdy.

"Wróżenie z wnętrzności" to wielowymiarowa opowieść o ucieczce, utracie, samotności, drodze do kresu. I do końca nie wiadomo czy braci jest dwóch, czy tylko jeden i czy są dwie boginie, czy jedna, uosabiająca sprzeczności.

 

Autor: Wit Szostak
Tytuł: Wróżenie z wnętrzności
Wydawnictwo: powergraph
Data wydania: 2015

Dziesiąty grudnia, George Saunders

a.d.b

10grudniaopowiadaniabiext46043184

 

 

Pierwszy kontakt ze zbiorem opowiadań George'a Saundersa wywołuje szok tak wielki, że początkowo może odpychać. Warto się jednak przełamać, bo już w połowie pierwszego opowiadania -"Zwycięska runda"- wiadomo, że to doskonała proza.
"Zwycięska runda" to mistrzowski popis "wchodzenia do cudzej głowy" (a tę technikę Saunders uwielbia). Wydarzenia oglądamy z trzech perspektyw narracyjnych, to trzy monologi wewnętrzne, charakteryzujące każdego z bohaterów i popychające akcję do przodu. Właśnie ten chwyt narracyjny wywołuje w pierwszej chwili konsternację odbiorcy, by po chwili pozwolić mu odkryć, że amerykański autor to doskonały psycholog, a monologi mówią  o narratorach, którzy są też uczestnikami wydarzeń niemal wszystko. Jest "tresowany" Kyle i "księżniczka" Alison i ....

Zbiór "Dziesiąty grudnia" to nie landrynkowa laurka dla nastolatek. To prawdziwy świat, często naturalistyczny w opisie, świat Ameryki spoza telewizyjnego ekranu, bez blichtru, fortun, jachtów i bajecznych rezydencji. To nie jest świat sprawiedliwości społecznej, to świat ewidentnych, rażących nierówności, z którymi bohaterowie nie mogą się pogodzić. Życie to walka o lepsze, pozorowanie wiary w cud na przekór wszystkim kataklizmom. Bohaterowie to ludzie, którzy nie zaliczają się nawet do klasy średniej, to nieudacznicy i pechowcy, marzący o lepszym życiu. To ich właśnie, takich "wybrakowanych" autor stawia w sytuacjach jak z greckiej tragedii- zawsze muszą wybierać i nigdy nie są to łatwe decyzje. Czemu zatem takich bohaterów wikła autor w skomplikowane moralnie sytuacje? Bo tacy jesteśmy my wszyscy.  Saunders wyznał w wywiadzie, że "satyra nie polega na opisywaniu tamtych jako dupków, tylko wyobrażaniu sobie, że my to oni kiedy mamy zły dzień."

Dominujący temat zbioru zapowiada już w pierwszym opowiadaniu Alison: "Ale serio: życie to frajda czy zgroza?" Łatwych odpowiedzi nie będzie. Będą za to piętrzące się pytania niemałej wagi: Co decyduje o naszym życiu - przypadek, czy my sami? Dlaczego człowiek jest zły? Dlaczego krzywdzimy innych? Pytania na miarę nastolatki, takiej właśnie jak 15. letnia Alison? Być może, jednak odpowiedź Saundersa jest wspaniałym brakiem odpowiedzi i mistrzowską grą konwencjami i formami. Oprócz strumienia myśli znajdziemy w tym zbiorze naturalizm godny Zoli ("Szczeniak"), science fiction ("Ucieczka z Pajęczej Głowy"), absurd i makabrę, gry stylem i konwencjami językowymi, jak choćby zderzenie języka nizin i elit w "Szczeniaku" czy grę archaizmami ("Moje rycerskie fiasko").
"Dziesiąty grudnia" to 10 świetnych opowiadań  o człowieczeństwie, łączących doskonały warsztat literacki z psychologiczną głębią i etyczno-filozoficznymi dylematami.

 

Autor: George Saunders
Tytuł: Dziesiąty grudnia. Opowiadania
Wydawnictwo: W.A.B.
Data wydania: 2016
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski

 

 

Droga do domu, Yaa Gyasi

a.d.b

indeks7

"Droga do domu" wzbudza mieszane uczucia. Reklamowana jako "saga tętniąca afrykańską magią życia" i książka "barwna, nasycona egzotycznym pięknem, a czasem przejmującym smutkiem" pozostawia niedosyt. Yaa Gyasi zamiast sagi napisała kilkanaście uproszczonych biografii, fragmentów życiorysu, zresztą trafnie uchwyconych i stąd żal, że nie są to dłuższe i pełniejsze historie. W tej wersji to 14 streszczeń, w których każdy z bohaterów jest ilustracją jakiejś formy przemocy, z którą się zetknął, a poszczególne rozdziały to opowiadania z tezą, protest przeciw niewolnictwu. U Gyasi jest wszystko: kolonializm, walki plemienne i sprzedawanie jeńców, mordercza, wymuszana biciem praca na plantacjach Południa, są i ucieczki na Północ Stanów i "kolej podziemna", później fałszywe oskarżenia i wyroki skazujące na niewolniczą pracę w majestacie prawa, jeszcze później czarne getta i segregacja rasowa, narkotyki itd. Słowem całe zło, jakie tylko mogło spotkać czarnego człowieka i wszystko to w jednej książce. Dorosły czytelnik oczywiście doskonale wszystko to zna, bo to podstawowe informacje, dla niego więc "Droga do domu" niczym odkrywczym nie będzie. Być może będzie to świetna książka dla bardzo młodych ludzi, którzy po prostu z racji wieku o niewolnictwie jeszcze wiedzą niewiele. O tyle książka Ghanijki jest cenna, że może dać pierwszy impuls do poszukiwania prawdy i źródeł obecnych rasowych konfliktów. Równocześnie jednak "Droga..." niesie pewne zagrożenia, powtarzalność przedstawianego okrucieństwa uodparnia czytelnika, powracające opisy przemocy mają działanie znieczulające, już się na nie nie reaguje. Wszystko jest przewidywalne. Ilość niestety nie zawsze przekłada sie na jakość, zwykle większym wstrząsem bywa jedna przejmująca historia niż dziesiątki, bo te stają się już tylko statystyką.

Losy większości bohaterów stworzonych przez Gyasi mogłyby być wstrząsem dla czytelników, gdyby nie zostali oni potraktowani tak źle przez samą autorkę, gdyby nie wtłoczyła ich biografii w zbyt pobieżne streszczenia. A niemal każda z tych postaci mogłaby stać się pełnowymiarowym, ciekawym człowiekiem i bohaterem odrębnej powieści.  My niestety dostaliśmy niedokończone, niedopowiedziane historie, a chciałoby się więcej. Tym bardziej, że język Gyasi jest naprawdę dobry. Niewiele tu na szczęście tandetnej filozofii i marnych kwiecistości, tych kilka potknięć zauważa się, bo rażą na tle naprawdę dobrego stylu debiutującej pisarki. Sami bohaterowie żyją na dwu kontynentach, w Afryce i Ameryce -  niewolnicy i potomkowie niewolników, a ich dzieje obejmują trzy wieki, od XVIII do po XXI. To potomkowie dwu przyrodnich sióstr, jednej wydanej  za białego kolonizatora, drugiej sprzedanej do niewoli za ocean, jednak ani jedna, ani druga gałąź rodziny nie jest wolna od nieszczęść wynikających z kolonializmu. Zaskakujące jest ewidentnie sztuczne zakończenie "Drogi do domu", w którym po upływie trzech wieków spotykają się przedstawiciele rozdzielonej jeszcze w XVIII w. rodziny.

Mimo zastrzeżeń to naprawdę niezły debiut. Sięgnę po kolejne książki tej autorki, ze względu na naprawdę niezły język i z nadzieją na pełnowymiarowe postaci i większą dawkę Afryki.

 

Autor: Yaa Gyasi
Tytuł: Droga do domu
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: 2016
Tłumaczenie: Michał Ronikier

© słowo o słowach
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci